Kategorie: Wszystkie | Live! | Pudełko | Rejestr snów | Zmysły
RSS
środa, 30 lipca 2008
Blichtr 2
(...)

Przecież nie znam jej od wczoraj. Prawą ręką odsuwa kosmyk przyklejony do spoconego czoła. A lewą, co jakiś czas, kolejne kilka włosów chowa za ucho. W takich właśnie chwilach zerka na niego tak... pewna siebie.

(...)

I ktoś mógłby się zdziwić czemu ma cały czas zaciśniętą prawą pieść. Ja wiem, że ten mało taneczny gest, to przez ten jej nowy pierścionek. Trochę za duży jak na jej drobną dłoń, więc Magda obawia się, żeby w tańcu nie zsunął się z palca.

(...)

Widzę, jak przez ten czas, zdołał się do niej przysunąć. Jego dłoń co chwila dotyka jej biodra.

Kwestia czasu.

(...)

Wtedy muzyka nieco się zmienia. I włącza się stroboskop. Oglądam ich taniec. Poszarpany. Klatka po klatce, ujęcie za ujęciem. Migające światło staje się dla mnie odliczaniem. Ale nie do świtu, raczej do... Końca.

Ktoś łapie mnie za ramię, szarpie i o coś pyta. Stroboskop odlicza. Opędzam się od nieznanej mi osoby. Przy kolejnym ujęciu już jej nie ma.

(...)

/Cool Kids Of Death - "Nagle zapomnieć wszystko"/
niedziela, 27 lipca 2008
In case of emergency

 Dwie godziny później zadzwonił telefon. Ale on już wcześniej wiedział. Z telewizji. Tak, że słowa o śmierci tej dziewczyny, nie były dla niego szokiem. Drgnęła tylko powieka. Nie rozumiał dlaczego. Dlaczego się nie udało. Z przyrody miał przecież piątkę. Dwa wdechy na piętnaście uciśnięć. Dokładnie tak, jak na klasówce.

wtorek, 08 lipca 2008
Blichtr

(...) Ocknięcie. Pytanie w głowie: "co ja tu robię?". 

Długi korytarz z fotelami i stolikami pod jedną ze ścian. Na lewo ktoś, na prawo ktoś. A prosto korytarz krótki i sala. Taneczna. A jak tam tańczą to tu pewnie jest strefa odpoczynku, łapania oddechu i gaszenia pragnienia. Tak zwana "strefa chill-out". Przynajmniej tak kiedyś, podobno, o takich miejscach mówili.

Ręka w kieszeń. Po telefon. Wyświetlacz. Godzina 01:27, zasięgu brak.

Ktoś przechodzi potrącając moją nogę. "Sorki", "ok". To twarz już wcześniej widziana, ale imienia nie zapamietałem.

Głowa w lewo. Na sofie obok: dziewczyna i chłopak. Dziewczyna to Magda, znam ją przecież nie od dziś. A chłopak? Nie wiem wiele. To twarz poznana wczoraj czy przedwczoraj. Twarz jednorazowa, o której już za tydzień nie będę pamiętał ani ja, ani nawet Magda. On. Opowiada jej jakiś dowcip. Magda więc się śmieje.

A ja nie usłyszałem, więc się nie śmieję.

Głowa w prawo. Jakaś grupka przy stoliku. Twarze znowu wcześniej widziane, niektóre chyba zapoznane, ale nic poza tym. No tych dwóch tam w kącie to jacyś Włosi. Tak mi ktoś mówił. I tak pewnie jest, bo pomimo siedzenia nieco z boku, są oni w centrum zainteresowania. A tak jest przecież z wszystkimi obcokrajowcami.

Głowa prosto. I tańce. I światła. I dym i hałas. Dziewczęta wyginają ciała. Chłopcy obserwują. Blask i błysk. Uśmiechy, chichoty.

Blichtr.

(...)

Nie jestem przecież pijany. I wszystko ze mną w porządku. Choć nie jestem normalny jeśli przyrównać do otoczenia, miejsca. Zastanawiam się znowu po co właściwie tu jestem.
Pamiętam dobrze z kim, skąd i kiedy przyszedłem.

Jeszcze raz telefon do ręki.
Godzina 01:29.
Zasięgu brak.
Ratunku brak.
Po co tu wchodziłem / schodziłem?

Ktoś mi w głowie odpowiada.

Szepcze: "tu nie jesteś sam".

(...)

piątek, 23 maja 2008
Plastry

(...)I jeśli nawet zrobisz mi zdjęcie. Tym przecudnym aparatem. Zdjęcie z wykorzystaniem funkcji wyszukiwania uśmiechu. To nic takiego u mnie nie znajdziesz.

Porwiesz mnie za rękę do sklepu. A w drugiej ręcę będziesz trzymać aparat. I z dowodem zakupu oczywiście. I z gwarancją. Ale i tak nic nie wskórasz. I nawet jeśli wyciągniesz z rękawa ustawę o szczególnych warunkach sprzedaży konsumenckiej. I tak dokładnie pokażesz np. paragraf czwarty punkt pierwszy, to i tak. Nic ci to nie da. Bo takich reklamacji (jak ja) się nie uwzględnia.


Wyjdziesz ze sklepu. I głowę daję, że zacznie padać deszcz. A ty nie miałaś trzeciej ręki, żeby wziąć parasol.

Tak to już ze mną bywa. Sama widzisz, no wiesz, nie?

Nie tak prędko więc....

Tak to już ze mną bywa.

sobota, 19 kwietnia 2008
00:49

Czekasz. Czekasz, ale już na pociąg, bo wiesz już że pomoc nie nadejdzie. Nie zerkasz już z nadzieją w kierunku drzwi, nie odwracasz się gdy za plecami słyszysz czyjeś kroki. Jedyme co cię interesuje to zegar i tablica odjazdów. Spoglądasz też, co pół godziny, na jeden z tych starych telewizorów nadających nonstop TVN24. Podłuchujesz rozmowy innych. Wszystko w nadziei, że dowiesz się co się stało. Dlaczego nikt tu nie przyszedł, wziąć cię za rękę i przeprowadzić jakoś przez tę piekielną Warszawę.

Niestety. Nie otrzymujesz żadnych odpowiedzi. Nawet jednej, małej informacji. A przecież takie głupie zdanie, np. że w Warszawie zepsuł się autobus MPK albo zerwała trakcja i pasażerowie musieli wysiąść z pojazdu, zmieniłaby dla ciebie wszystko.

Tymczasem cisza. I nadszedł taki czas, że przez kilka najbliższych godzin, nie przyjedzie ani nie odjedzie stad żaden pociąg. Nie będzie też ani jednej zapowiedzi z tych wszystkich głośników.

(A wcześniej każdy dźwięk dzwonka, który słyszałeś przed czytaną zapowiedzią pociągu, był dla ciebie jak kropla deszczu na pustyni)

Czekasz. Czekasz na pociąg. Jeszcze tych kilka godzin i nie zostanie juz po tobie zaden ślad. Nikt nie pozna, że tu byłeś. Nie spyta po co. I Ty też po jakimś czasie zapomnisz. Oprócz pytania dlaczego...
czwartek, 17 kwietnia 2008
4:37
Byle się nie zatrzymać! Byle się nie zatrzymać!

Drepczesz powoli, ale energicznie. Żebyś tylko nie stanął, żebyś tylko. Zatrzymasz się i śpisz. A jak się śpi to ściąga się na siebie całe zło tego Dworca.

Teraz, drepczesz i zerkasz na różne strony. Dworzec widzi, że jeszcze żyjesz, że czuwasz. Daje o sobie znać, ale nie zbliża się jeszcze do ciebie. Widzisz tony stali wiszącę ci nad głową, które przecież zaraz mogą zwalić się na łeb. Betonowe ściany w tych zakręconych, podziemnych korytarzach. Gdy przechodzisz samotnie czujesz jak się przysuwają, jak robi się jeszcze ciemniej. I duszno. Posadzki, chodnikowe płyty. Perfekcyjnie dają poczucie stabilności i gruntu pod nogami, ale wiesz, że nagle, gdy nie będziesz się tego w ogóle spodziewał...

Chodzisz, chodzisz, chodzisz. Właściwie to drepczesz, drepczesz, drepczesz. Ubrany od stóp do głów, bo Dworzec na ciebie dmucha. Stąpasz tam i z powrotem. Pięć kroków do przodu, przystajesz, wzrokiem oceniasz sytuację. Bezpiecznie. Nagły odwrót, żeby Dworzec cię nie zaszedł od tyłu. Kolejne pieć kroków, kontrola sytuacji. I znowu obrót. Tak już od godziny albo dwóch. Żeby nie zasnąc w tej monotonii wyobrażasz sobie, że stopami grasz na jakimś instrumencie. Stawiając nogi grasz w głowie jakąs melodię.

Byle nie zasnąc. Można zwariować, byle nie zasnąc. Zastanawiasz się jak możesz wyglądać z daleka. Jak bohater z filmu katastroficznego, który jako jedyny przeżył rozbicie samoloty w Alpach. Ale nie, tu ze swoim dziwnym dreptaniem, na wpół zamkniętymi oczyma, mruczeniem do siebie pod nosem i obłędnym wzrokiem... Pasujesz. Tu, taki. To jest normalne.
piątek, 21 marca 2008
A czy Ty umyłaś już okna?
Oni mają dzisiaj święto. No a przynajmniej wyjątkowy dzień. Choć nie staniała puszka piwa, a cena wina też jest na tym samym poziomie, to... To przynajmniej dziś sobie popatrzą.

Zamiast zapluwania chodnika, rzucania przekleństwami czy rozbijania butelek ustawili się w rządku i patrzą. Na cóż?

Bo święta idą i... kobiety wzięły się za mycie okien. Panowie od rana więc stoją przed blokiem i podziwiają gimnastykujące się damy. Czasem skomentują:

że ta spod szóstki ma to lepsze, ale to gorsze

natomiast ta spod dziesiątki to "ma takie o!" (co też poparte jest odpowiednim gestem)

a ta młoda z drugiego piętra "to ma dopiero nogi!" (z czym trudno się nie zgodzić zważywszy na jej strój i sposób prezentacji)

a "doktorowej to co nieco przybyło, choć i tak kobieta fest!"

Stoją tak więc dżentelmeni, jakby oglądali sklepowe wystawy. Kobiety myją, czas płynie... I nikt nie zaczepi ("szefie, poratuj 20 gr!"), gdy idziesz po zakupy. Nie splunie nikt pod nogi. Jeden drugiego nie pobije. No spokój jak nigdy. Coś jakby chwilowa, ale niezwykle udana, resocjalizacja. Albo po prostu idą świeta.
sobota, 08 marca 2008
Druga trzydzieści (szukanie towarzystwa)
Gdzieś tak druga, w pół do trzeciej. Pędzę pieszo przez pusty Wrocław. Aż nagle z Parku Słowackiego ktoś wychodzi i staje mi na drodze. Brązowa marynarka, pomarańczowa koszula, dżinsowe spodnie. Mierzymy siebie wzrokiem przez jakieś pięć, dziesięc sekund. Wygląda to jak końcowa scena z jakiegoś taniego horroru. Tylko my dwaj, puste miasto, ciemno noc i wichura. I żadnych szans ucieczki, akcja jeden na jeden. Chwiejnym krokiem kieruje się w moją stronę. Ja gram pewnego siebie i zbliżam się do niego. Pyta mnie łamaną polszczyzną, gdzie jest Luiza. Odpowiadam, że nie znam żadnej, a on ręką wskazuje za moje plecy i pyta czy tam ktoś jest. No... nikogo nie widziałem od Grunwaldzkiego. Na Boga, nikogo od Grunwaldzkiego! - dociera to do mnie po chwili. Słyszę jego westchnięcie, on robi kolejny krok w moją stronę. A gdzieś w głowie słyszę "Oto Twoja chwila prawdy" wypowiedziane głosem Zygmunta Chajzera. Zaciskam więc pięsci. Znów pyta: "a dze tu kurwy som? mam zloty i ojro".

Odpowiadam, że żadnej nie widziałem, idę dalej. Gdy się mijamy on rzuca coś jakby "cześć", ale nie jestem do końca pewien, czy nie bylo to jakies przeklenstwo w tylko jemu znanym języku.

Po przejściu dwudziestu metrów obracam się. Zniknął albo wszedł do parku. Myślę sobie o tym, czy znalazł sobie towarzyszkę.

Jakąś prawdziwą europejkę, co bez traktatu z Schengen wyzbywa się wszelkich (swoich) granic. A i dawno temu wstąpiła też do strefy euro.
sobota, 23 lutego 2008
Niestety też jestem studentem
To już nie pora... Czwarta piętnaście. Akademik. Cisza.

Za dwie i pół godziny pojawi się pan Józek i pozbiera puszki. Ale do tego czasu niech leżą porozrzucane na korytarzu. Czasem ktoś, wracając do siebie w środku nocy, potyka się o nie robiąc wielki hałas na korytarzu. Z niektórych sączą się jeszcze resztki piwa, jakby brały ostatnie odechy. Rano będzie problem z lepiącą się podłogą.

I niedopałki jeszcze. A właściwie to same pomarańczowe filtry, bo nikt tu nigdy nie odważa się na te marnotrastwo w postaci nie wypalenia do końca. Wysypują się z przepełnionych popielniczek - słoików, bo podłogi (przynajmniej na początku) nie zaśmieca się, żeby mieć gdzie siedzieć. Przynajmniej przez ten czas dopóki wszystkim i tak jest już wszystko jedno.

Toalety ktoś ozdobił wymiocinami. Sprzątaczka będzie miała trochę do roboty, więc ten kąsek zostawi sobie na sam koniec. Efekt? W prawdzie korytarz będzie wymyty już po ósmej, to w toaletach będzie śmierdziało do dwunastej.

A pod prysznicami wyrwano ze ściany jeden z natrysków. Już jutro sprawcy będą pisać skargę do kierwnika, że jest za mało czynnych prysznicy na piętrze i trzeba stać w kolejkach.

Pomijając fakt, że ktoś spi w kącie, w kuchni również panuje cisza. Tak rzadko spotykana w tym miejscu... Palniki wolne, piekarniki puste. Teraz gotuje się tylko w kotle bałkańskim.

Czujniki przeciwpożarowe ktoś pozasłaniał. Zakładając na nie prezerwatywy.

By w swoim czasie i tak włączyć ten cholerny alarm. [Włączanie systemu przeciwpożarowego bez uzasadnienia jest karane opłaceniem kosztów przyjazdu straży pożarnej, ale... Ale straż pożarna przecież nigdy nie przyjeżdża]

A nad całymi tymi zgliszczami górują jarzeniówki. Ze świeceniem nie ma problemu co trzecia.

Obraz grozy i groteski. Coś jak "Lśnienie" zmieszane z "Reqiuem dla snu".



To byli filolodzy. Znaczy się ci, co prawie wcale nie czytają książek. Było też trochę ekonomistów nie wiedzących kim był Adam Smith. Grupka z ASP będąca tak pewna swojej nieprzeciętności i jeszcze kilku z rolniczej, ale o nich niewiele wiem.


Tak, przechodziłem tamtędy. Tak, byłem tak.


Tak, przykro mi.

Niestety, też jestem studentem.
poniedziałek, 04 lutego 2008
Przejrzeć
Próbuję więc patrzeć na to wszystko pod różnymi kątami.

I patrzę pod słońce, z nadzieją czy też strachem, że coś się pojawi.

Zostaje jeszcze podczerwień, rentgen i...

A czasem zastanawiam się jakby to było, gdybyśmy spróbowali przejść przez te bramki bezpieczeństwa na lotniskach.

Bo te w sklepach na nas nie reagują.

[Np. Mietall Waluś Magazine "To nie ty to nie ja"]
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10